|

Pewnie niewielu z was trzeba by jakoś specjalnie przekonywać, gdybyście pewnego zwyczajnego dnia siedząc znudzeni przed ekranem komputera w pracy otrzymali nagle maila z propozycją krótkiej bo krótkiej, ale jednak wyprawy do Finlandii ;) Ja też nie zastanawiałam się długo ;) I tak pewnego marcowego poranka, kiedy w Polsce wszyscy myśleli już bardziej o wiośnie niż o zimie wyruszyłam na szaloną wyprawę 150 km za koło podbiegunowe do miejscowości Kittilä. Na dodatek w ciągu niecałych 2 dni przyszło mi odbyć aż 4 loty, nie wspomnę że pierwsze w życiu ;) Na szczęście miłe fińskie stewardessy szczególnie na pierwszej trasie Warszawa – Helsinki nie dały mi zemdleć ;) Sama podróż przebiegła bezproblemowo i właściwie można by rzecz że lot samolotem z przesiadką zajął mniej czasu niż podróż pociągiem z Torunia do Warszawy :)
O dziwo wychodząc z samolotu na lotnisku w Kittilä zobaczyłam na termometrze 0 stopni C! A spodziewałam się zdecydowanie więcej! Na szczęście śniegu nie brakowało :) Sama miejscowość Kittilä jeszcze w połowie XX wieku była maleńką wioską, która w przeciągu niecałych 50 lat przekształciła się w jedną z najczęściej odwiedzanych zimą miejscowości w Finlandii, nie tylko przez Finów, co dało się dostrzec już na pokładzie samolotu. Zresztą nie tylko zimą. Otaczające lasy i rzeki na pewno przyciągają wielu miłośników, nie tylko wędkowania ale i spływów kajakowych czy też tych którzy chcą po prostu odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku. 
W drodze do Taivaanvalkeat |

Powitanie w Taivaanvalkeat
| 
Ja i Lapończyk Janne |
Ja odwiedziłam miejsce o nazwie Taivaanvalkeat, gdzie przebrana w ciepły kombinezon, buty i rękawice wzięłam udział w lapońskim śnieżnym safari. Do naszej dyspozycji były skutery śnieżne, sanie z reniferami, zaprzęgi psów Husky, czy też zwykłe sanki-jabłuszka, na których zjeżdżanie stało się o dziwo jedną z największych atrakcji. W trakcie zabaw miejscowi opowiadali o dawnych wierzeniach Lapończyków i pewnie nie jednego z nas zdziwiła wiadomość o tym, iż wszyscy kiedyś odrodzimy się na ziemi pod postacią … renifera! Kiedy po dwóch godzinach szaleństw zmarzliśmy solidnie gościnni Lapończycy uraczyli na typowo polską pieczoną kiełbaską i smacznym rozgrzewającym napojem :P

Zaprzęg reniferów | 
Szamańskie obrzędy | 
Największa z atrakcji |
Późny powrót do hotelu oczywiście nie przeszkodził nikomu z grupy by szybko udać się w poszukiwaniu nocnego życia w Kittilä. W nocy, przy padającym śniegu miasteczko naprawdę urzeka. I szkoda że akurat tego dnia niebo było zachmurzone, bo pewnie widok zorzy polarnej nie tylko mi zapadłby na długo w pamięć. W każdym razie klub do którego trafiliśmy wypełniony był Finami z krwi i kości, choć i obcokrajowców nie brakowało. Nie powiem, że nie byłam w szoku słysząc przy jakiej muzyce przyjdzie mi się bawić i nie po raz pierwszy żałowałam że nie znam fińskiego :P W każdym razie jeden z moich kolegów i tak podrygiwał do wszystkiego co zagrali, po wypiciu przy barze kilku kieliszków miejscowych specjałów. W drodze powrotnej natknęłam się na zadziwiające zjawisko – maleńką budkę z hot-dogami, przy której o 4 nad ranem toczyła się jakaś zażarta dyskusja pomiędzy młodymi Finami ;) O dziwo na drugi dzień rano budka zniknęła... ;)

Dom w Kittilä | 
Miejscowy bar | 
Śnieżne zaspy |
Na drugi dzień rano niewielu z nas miało siłę by w ogóle wstać na hotelowe śniadanie, chociaż wyjazd przewidziany był na 9.00 rano. Ja żałuję tylko tego, że udał mi się z braku czasu skorzystać z małej osobistej sauny którą miałam w łazience…
Po trudach nocy udaliśmy się jednak w komplecie na szczyt jednej z okolicznych gór – Levi. Pewnie ci z was którzy interesują się narciarstwem alpejskim wiedzą, iż od kilku lat to właśnie tam odbywają się inaugurację pucharu świata. Sama góra jak i widok z niej robią piorunujące wrażenie, chociaż patrząc na małe dzieci, które zjeżdżają z jej szczytu można by jednak wpaść w kompleksy, bo ja osobiście nie odważyłabym się z niej zjechać.

Gondole, którymi można wjechać na Levi | 
Widok z góry Levi | 
Maluchy zjeżdżające z góry |
Niestety to co dobre szybko się kończy i tak także było z moją wyprawą …oczywiście po całonocnych opadach śniegu liczyłam że może jednak lotnisko zostanie sparaliżowane i zostaniemy w Kittilä jeszcze chociaż jeden dzień, ale nic z tego :P Obfite opady śniegu paraliżują i owszem niektóre miejscowości w Polsce, niestety chyba nie w Finlandii ;)
|

Mój hotel o znamiennej nazwie "Szalony Renifer" o poranku
|

Widok z mojego pokoju hotelowego
|

Osobista sauna w pokoju hotelowym
|
Jeszcze tylko małe zakupy które zrobiłam w trakcie czasu wolnego na lotnisku w Helsinkach i niestety pora było pożegnać Suomi… ale mam nadzieję że nie na długo :)
|