kFINtesencja tego, co fińskie - strona o Finlandii i języku fińskim


 

Start Relacje Koncerty Apocalyptica Apocalyptica 17.06.03 #2
niedziela, 20 maja 2012
Apocalyptica w warszawskiej Stodole – 17 czerwca 2003 oczami LKi PDF Drukuj Email
Wpisany przez Żuk LK   
Poniedziałek, 02 Maj 2005 22:41

Apocalyptica


To, że wybiorę się na koncert Apocalyptiki w Warszawie wiedziałam już od 26 lutego A.D.2003, kiedy to mój plan wyjazdu do Wrocławia, gdzie w klubie „W-Z” miało grać czterech fińskich wiolonczelistów, spalił na panewce. Niesamowitych „suomaalaiset” pamiętałam jeszcze z czasów, gdy dopiero nieśmiało wkraczali na sceny rockowe całej Europy, trzymając się Metalliki, od której utworów grania przecież zaczynali. Pierwsze wrażenie, po koncercie Metalliki na warszawskim Stadionie Gwardii w 1999 roku, było oszałamiające. Niektórzy dopiero wtedy po raz pierwszy usłyszeli zespół, który jako support występował przed panami: Hetfieldem, Hammetem, Newstedem i Ulrichem. Czterem wiolonczelistom grającym wtedy na olbrzymiej scenie daleko jeszcze było do pewności siebie, jaką cechowali się na swoich późniejszych, już własnych, koncertach. Chociaż już wtedy, na „Gwardii”, Eicca Toppinen nie był w stanie opanować przemożnej pokusy wstawania z krzesła i „poggowania”...

Dzień przed koncertem w warszawskiej Stodole (który miał się odbyć – i zresztą odbył się – 17 czerwca 2003) otrzymałam pocztą pantoflową bezcenną informację: w dzień koncertu, na 15:00 jest przewidziane w Empiku przy Nowym Świecie spotkanie z fanami i podpisywanie płyt przez Apo. Można było dostać plakat z autografami i zrobić sobie zdjęcia – z czego skrupulatnie korzystano. Język angielski mieszał się z polskim a chwilami i z – przeważnie kulawym, ale zawsze jednak – fińskim. Do momentu kiedy obstawieni przypakowanymi bodyguardami muzycy nie zniknęli w windzie, żeby pojawić się dopiero wieczorem, na koncercie.

Chłopaki na scenie Początek koncertu przewidziany na 19:30, więc trzeba było stawić się pół godziny wcześniej; minąć dopijających ostatnie piwo przed wejściem do Stodoły; przejść przez „ręce” sprawdzających ochroniarzy, a w przypadku bycia facetem – i przez bramkę z wykrywaczem metali; minąć tłum niepełnoletnich posiadaczy biletów, którym odmówiono wstępu; i wreszcie przecisnąć się na hol główny Stodoły, a stamtąd prosto na salę. Salę o tej porze jeszcze niemal pustą, jeśli nie liczyć najgorętszych fanów stojących wytrwale tuż pod sceną. Stanęliśmy i my, zwłaszcza że spotkaliśmy niemal cudem mojego kolegę z miasta, który przyprowadził z sobą kuzyna. Z taką obstawą nie bałam się stać niedaleko sceny, licząc się z tym, że kiedy się zacznie, ludzie będą nieźle szaleć. Co do tego się zresztą nie pomyliłam... Rzut oka na scenę – zdziwiła mnie obecność perkusji. Ale „pożyjemy – zobaczymy” – pomyślałam.
Sala nie była nawet tak bardzo pełna, kiedy z niewielkim opóźnieniem, witani entuzjastycznie i nieco hałaśliwie, wkroczyli na scenę czterej panowie. Pierwszy, wyglądający całkiem normalnie przystojny brunet z bródką, co z tego że niewysoki... Drugi – jego przeciwieństwo: blondyn z włosami niemal do pasa, o dziewczęcej twarzy. Trzeci – też blondyn, ale z nieco krótszymi – choć też długimi - włosami (lekko podmalowane oczy... no cóż – de gustibus non est disputandi). Czwarty – najnormalniej wyglądający z nich wszystkich, ubrany w marynarkę, jak każdy szanujący się wiolonczelista; znaków szczególnych brak – nawet włosy normalnej długości; ach, i ciemne okulary, tylko u niego. Eicca Toppinen, Perttu Kivilaakso, Paavo Lötjönen, Antero Maninen. Wszyscy czterej z wiolonczelami. Wszyscy czterej z Finlandii. Wszyscy czterej „profani” tradycyjnej, stereotypowej klasyki.

Usiedli na czterech krzesłach i z miejsca zaczęli grać. Ponieważ był to koncert promujący nową płytę: „Reflections”, zaczęli oczywiście od utworów z tego krążka, poczynając od Prologue na wstępie, a później dodając też Faraway, Beginning, Cohkka i Resurrection. Jednak największy entyzjazm publiczności wzbudzały standardy Metalliki, jak Nothing else matters, One, Fight Fire With Fire, Creeping Death, Enter Sandman, For Whom The Bell Tolls. Nie zabrakło też takich perełek, jak nagrane na poprzedniej płycie: Path (wersja bez głosu Sandry z Guano Apes...,'), Romance, Hall Of The Mountain King, a także wydane na ich drugiej płycie Inquisition Symphony ( według mnie wersja dużo lepsza od oryginalej – Sepultury,'), Toreador... Niektóre utwory poprzedzali krótkim przemówieniem, jak np. Hall Of The Mountain King. Eicca przybrał wtedy grobowy wyraz twarzy i zapowiedział utwór „about the moment that everyone of us have to face to”. Pod koniec jednak tej pogrzebowej mowy z trudem powstrzymywał uśmiech.

Perttu Eicca Efekt grania kawałków Metalliki był niesamowity – na scenie grali, a publiczność, w przeważającej większości wychowana na tych numerach, śpiewała. Chwilami muzycy podrywali się z krzeseł i machaniem smyczka zachęcali do np. klaskania. Nastrojowe ballady przeplatały się z ostrymi kawałkami, których jednak była większość. W pewnym momencie, tak w okolicach połowy występu, gdy publiczność uciszyła się na moment po burzliwym aplauzie, jakim uczciła poprzedni numer, ja, siedząca na wysokości „minun kaikkien ylapuolella” (ponad wszystkimi,'), zakrzyknąłam, aż się poniosło: „Suomaalaiset! Kaamos!!!” Konsternacja na twarzy muzyków, ale niedługa, gdyż publiczność podłapała i też zaczęła się domagać, tyle że nie Kaamos, a Fade To Black. Nie zagrali jednak ani jednej, ani drugiej, nie zagrali nawet Master Of Puppets, choć „z prośbą” o to skandowano raz po raz. Zagrali jednak później Path, co zrekompensowało mi tochę utratę nastrojowej „Nocy polarnej”. Nothing else matters śpiewali nawet oni.
Zepsuł się jednak jak dla mnie trochę klimat, kiedy po przerwie wrócili w składzie poszerzonym o perkusistę. Nie mam nic przeciwko kwintetom, ale wg mnie cały dotychczasowy urok Apocalyptiki poplegał na bezprecedensowym nowatorstwie właśnie w zakresie wykorzystania zaledwie czterech wiolonczel, i tylko wiolonczel, do grania kawałków, z którymi trudno było sobie dać radę i tradycyjnemu rockowemu składowi (gitara rytmiczna, gitara solowa, gitara basowa, wokal i perkusja). Ale słyszałam też po koncercie głosy za perkusją, więc może nie potrafię iść z duchem czasu... Ale jak tu iść z duchem czasu, kiedy czterem niepozornym Finom udało się w tak zaskakujący sposób pogodzić muzykę klasyczną ze współczesnym brzmieniem! Udowodnić, że wiolonczela to nie przestarzały instrument nadający się tylko do filharmonii (gdzie zresztą doskonale wykształceni pod względem muzycznym nasi fińscy goście zawodowo grali).

A tu ta perkusja...Żeby nie było nieporozumień: szanuję perkusję, podziwiam ludzi – w tym moich znajomych - którzy z kilku garów i blach potrafią wydobyć autentyczną muzykę, ale do Apo mi ona zwyczajnie nie pasuje! Tak samo byłabym „anty-”, gdyby wprowadzili gitarę elktryczną, choć jako gitarzystka powinnam być przecież za. A poza tym Fin grał poprawnie, szybko i równo, ale przykro mi – bez polotu. A co najważniejsze, zagłuszał te partie wiolonczeli, które imitowały perkusję i które zawsze były źródłem mojego zachwytu.

Pomimo jednak tego drobnego incydentu koncert był udany, powiem więcej – bardzo udany. Dało się nawet jakoś przeżyć poggowanie otaczających nas zewsząd metalowców, choć kiedy moja główna osłona w postaci kumpla z mojego miasta (2 metry wzrostu) dołączyła do zabawy, przestało być śmiesznie. Czego jednak nie wybaczy się człowiekowi, który za każdym razem pomagał mi się wspinać na ramiona Piotrka, abym przynajmniej z tej wysokości mogła się przyjrzeć temu, co dzieje się na scenie, bo niestety z wysokości moich 168 cm było to bardzo trudne. Za to górowanie ponad tłumem musiałam się nieźle narazić ludziom stojącym za mną... Przepraszam. Starałam się i tak często schodzić. Paavo Antero
Zadziwiła mnie nieco frekwencja. Nie wiem, czy to z powodu tak restrykcyjnej kontroli przy wejściu, ale sala była niezapełniona. Poza tym mieliśmy ubaw czytając przed koncertem informacje zawarte na bilecie, w których to organizator zastrzegał sobie, że poza wieloma innymi ma prawo do zamiany posiadaczowi biletu miejsc siedzących na stojące...

W taki to sposób wystaliśmy do końca koncertu, który trwał ponad dwie godziny (nie było supportów i to, razem z kameralną atmosferą tak bardzo mi się podobało). Nie było chamstwa, wycia, ale też nie było niestety bisów. Ludzie do końca mieli nadzieję, że muzycy wrócą i zagrają jednak ten upragniony Master Of Puppets, ale w filharmonii bisów nie ma.
Może i dobrze że grali tylko to, co sobie z góry ustalili, gdyż gdyby dali się namówić na Master Of Puppets, moje pozytywne zdanie co do zachowania się publiczności mogłoby ulec nieznacznej zmianie.

Pozdrawiam wszystkich fanów Apocalyptiki, Finlandii, a także fanów zespołów, od których coverów czterej panowie zaczynali swoją karierę: głównie Metalliki i Sepultury. Pozdrawiam wszystkich wiolonczelistów z całego świata – wiedzcie, że po takich koncertach zazdroszczę wam waszej wspaniałej umiejętności. Pozdrawiam też wszystkich gitarzystów, a także perkusistów. I mówię wam – to, co udało się Apocalyptice, to rzadki przykład połączenia tradycji z nowatorstwem, klasyki z ciężkim rockiem. Ale pewne rzeczy są jednak nie do pogodzenia, jak obecnośc perkusji czy jakiegokolwiek innego instrumentu w gronie czterech wirtuozersko samowystarczalnych wiolonczelistów.
Nahdaan seuraavassa konsertissa!!

Żuk LK-Kruchelka
zdjęcia - szpieg

Zmieniony: Sobota, 17 Grudzień 2005 19:57
 

Forum Forum
linki fińskie Linki
Pogoda w Finlandii Pogoda w Finlandii
Typowanie fińskich skoków Typowanie skoków
Słownik polsko-fiński Słownik polsko-fiński

O Aurinko O nas
Kontakt Kontakt

 

Copyright © 2012 Aurinko - Finlandia i język fiński
aurinko.net.pl | Kontakt | Forum | Mapa witryny