|
Zachęcone sukcesami pierwszego wypadu ruszyłyśmy znów w trasę. Tym razem do Tampere. Napis elegancki, wydawałoby się jednoznaczny, a tu jednak miałyśmy parę propozycji podwózki 3 kilometry od Vaasa. Hm.... Kłopoty z czytaniem? Nie tylko.
Po 40 minutach zatrzymał się wóz, którego kierowca zapytany czy aby na pewno jedzie do Tampere skinął głową. Wpakowałyśmy się na tylne siedzenia i ukontentowane zaczynamy konwersację: „co robi? gdzie jedzie?” Jak wydało się po paru minutach, podwozi nas 15 kilometrów dalej, bo tam jest „lepsze skrzyżowanie”. Chcąc nie chcąc, wyskakiwać nie było sensu pośrodku niczego, dałyśmy się podwieźć. Potem okazało się, że wyszło nam to na dobre.
|
|
|
Miejsce rzeczywiście było lepsze (odpadały wszystkie samochody jadące do Jyväskylä) i już po 5 minutach zatrzymałyśmy samochód jadący tym razem prościuteńko do Tampere. Kierowca był jednym z tych biznesowych, więc co chwila rozmawiał przez komórkę. Opowiadał nam o Koskenkorva (fiński drink wódkopodobny,'), pokazał fabrykę, i co najciekawsze wyjaśnił wreszcie dlaczego wszystkie stare domy w Finlandii mają kolor czerwony. Nie zdradzę, poczekam na hipotezy (może ktoś wie?). Po drodze opowiedziałyśmy mu o naszej pasji i uwielbieniu sera fińskiego „juustoleipä” i tak się złożyło, że mijaliśmy w tym samym momencie sklep-restaurację „Juustoporti”. Historia ta będzie miała swój ciąg dalszy ale o tym na razie sza...!
|
Kierowca był tak miły, że podwiózł nas prawie pod sam hostel (Uimahalli – zacny przybytek dla oszczędnych turystów - polecam). Zrzuciłyśmy plecaki i ruszyłyśmy w miasto. A ono zadziwiło nas - przyzwyczajone do fińskiej ciszy i spokoju miast studentki z wymiany - poczuciem tętniącego w nim życia i mnóstwa rzeczy, które się tam dzieją. Vivid city. Spodobało nam się od razu. Z aparatem w ręku szwędałyśmy się ulicami i alejami, bardziej na wyczucie niż planując z mapą. To co chciałyśmy zobaczyć – Muzeum Sary Hilden i wieżę obserwacyjną zostawiłyśmy sobie na jutro. Tego samego dnia wstąpiłyśmy jedynie do muzeum muninków w podziemiach miejskiej biblioteki i do katedry. Ta ostatnia wygląda ładniej z zewnątrz, w środku – jak na protestantyzm przystało – ta sama surowość wnętrza.
|
| |
|
W drodze powrotnej do szlachetnego przybytku hostelu spotkała nas niesamowita niespodzianka. Zupełnie przypadkowo natrafiłyśmy na lekko zrujnowany, na pewno niezamieszkały, dworek na wzgórzu parkowym, które górowało nad całym miastem. W przeciwieństwie do Polski, gęsto dworkami wypełnionej, w Finlandii należą one do rzadkości. Do dworku przylegał ładny park z widokiem na centrum rozrywkowe i port w dole oraz z małą muszlą koncertową (czasy jej świetności dawno minęły,'), w której popijawę urządziły sobie fińskie nastolatki.
|
| |
|
Wyprawa nie obyła się oczywiście bez nocnego zwiedzania Tampere (tym razem samotnie). Ubarwiło je spotkanie bokserów z Rosji i Litwy, od których dostałyśmy zaproszenie na walkę (wejście dla VIP-ów) następnego wieczora - niestety był to dzień kiedy opuszczałyśmy Tampere. Nocą Tampere wygląda jeszcze ładniej niż w dzień, uwagę zwracają budynki pofabryczne, których miasto ma mnóstwo (taka fińska Łódź,'), ale które są świetnie przystosowane pod wszelakiego rodzaju puby, pasaże sklepowe i galerie. Pozazdrościć architektonicznej wyobraźni tym Finom, nawet fabrykę potrafią umiejętnie wkomponować w architekturę miasta (może paru poprawi trochę nasze miasta?).
|
| |
|
Następnego dnia udałyśmy się do Muzeum Sary Hilden, gdzie odnalazłyśmy nawet pracę jednego polskiego artysty. Różnorodne dzieła sztuki współczesnej są wyrazem szerokich horyzontów właścicielki kolekcji. I choć bogactwem i wielością prac nie powala na kolana, jest to bardzo przyjemne miejsce. Godny polecenia jest też widok w wieży obserwacyjnej, najwyższej w Finlandii, gdzie rano wypić można pokrzepiającą kawę i zjeść pyszną, świeżą fińską „pullę”, czyli słodką bułkę (z dodatkami kardamonu lub cynamonu smakują zupełnie inaczej od tych polskich).
|
| |
No i cóż... czas było wracać do Vaasa. Jak na złość zaczął padać deszcz (i nie zanosiło się aby miał w ciągu najbliższych paru godzin przestać) a dogodnego punktu do stopowania na drodze wylotowej nie mogłyśmy znaleźć, choć przeszłyśmy 3 km. Zdecydowałyśmy się zaryzykować i stanęłyśmy po prostu na krawężniku. Wyglądało to trochę żałośnie: padający deszcz, sznur samochodów jadących jeden za drugim tak, że nie ma szans by jakiś się zatrzymał nie narażając się na obelgi jadących za nim, permanentny od 2 km. zakaz zatrzymywania się i my dwie stojące na krawężniku, w miejscu nie dającym nawet metra na zatrzymanie się. W Polsce mnie to nie krępuje, wiem, że jak ktoś chce się zatrzymać to się zatrzyma mimo wszystko, ale wtedy trochę się czułyśmy głupio. Chyba słusznie bo patrzono na nas jak na egzotyczne zwierzęta, kolorowe papugi na pustyni no i autostop kazał długo na siebie czekać – dobrą godzinę w deszczu.
|
Ale jak już auto się zatrzymało to dokąd? Prosto do Seinäjoki, czyli lepiej niż oczekiwałyśmy, a i kierowca okazał się fantastycznym, kontaktowym człowiekiem, członkiem fińskiej kapeli Superjaded. Mimo swojego kulejącego angielskiego nie zrażał się do rozmowy z nami i tak dobrze nam się gawędziło, że zaoferował się nadrobić 180 km. by nas podwieźć prosto do Vaasa. Radość w szeregach zapanowała tym większa. Ale to nie był koniec niespodzianek. Pamiętacie jak mówiłam na początku o Juustoporti? Zgadnijcie gdzie stanęliśmy na kawę? No właśnie. A w środku – raj: sery każdego rodzaju i z każdego niemal kraju, plus te robione na miejscu m.in juustoleipä. Bogowie! Bez zakupów się nie obyło. A później w miłym towarzystwie i przy akompaniamencie piosenki Don Johnson Big Band sączącej się z radia dobiłyśmy do Vaasa. Oby tak dalej. Pozdrawiam i do zobaczenia wkrótce.
|
|
|
Tekst i zdjęcia: Marta Miklikowska
|