Długich 7 lat (sic!) minęło od mojego pierwszego i do tej pory jedynego koncertu Apocalyptici. Główny wpływ na taki obrót spraw miało nowe brzmienie zespołu, który od czasów płyty "Cult" dodał perkusję i wokalistów, co średnio przypadło mi do gustu. Za sprawą "Worlds Collide" postanowiłam jednak, że trzeba rozprostować kości i wybrać się w sobotni wieczór do Stodoły. I cóż mogę powiedzieć: był to zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów, na jakim dane mi było być.
Koncert w ostatniej chwili przeniesiony został z Progresji do Stodoły - i dobrze, gdyż po moich ostatnich doświadczeniach z Progresją przy okazji koncertu Dimmu Borgir stwierdziłam, że klub ten nie nadaje się do tak dużych koncertów. Nie zmieniło to faktu, że kolejka do Stodoły sięgała aż alei Niepodległości, a wg. organizatorów na samym koncercie zjawiło się ok. 1800 osób. Z powodu dużego zainteresowania koncertem wiele osób weszło w trakcie lub po koncercie supportu, jakim była fińska grupa Sturm und Drang!. Na szczęście ich występ widziałam w całości także śmiało mogę powiedzieć, że chłopcy (średnia wieku 15-16 lat) byli całkiem nieźli. Młodzi Finowie pochodzący ze szwedzkojęzycznej części kraju popisali się bardzo dobrym przygotowaniem technicznym i całkiem przyzwoitym heavy metalem. Na uwagę zasługuje zwłaszcza perkusista zespołu, Calle Fahllund, zaś do gustu przypadł mi Jeppe Welroos grający na klawiszach i wyglądający jak mały cherubinek ;) Heavy metal nie jest moim ulubionym gatunkiem muzycznym, ale myślę, że chłopcy dobrze wykorzystają szansę daną im przez Apocalypticę i będą się dalej rozwijać.
Ok, przejdźmy do meritum sprawy. Koncert przeniesiono do Stodoły głównie ze względu na fakt, iż Apocalyptica przywiozła ze sobą jakieś kosmiczne efekty specjalne, które nie byłyby możliwe do pokazania w Progresji. I faktycznie, światła były niesamowite. Występ zaczął się chwilę po 21 niezłym efektem - światła zgasły, a 4 siedzenia wiolonczelistów (w kształcie wiolonczeli z oczodołami) podświetlone zostały od tyłu w taki sposób, że snopy lamp przeszły przez oczodoły. Rewelacja!
Finowie zaczęli koncert tytułowym utworem pochodzącym z płyty "Worlds Collide", która dominowała zresztą podczas sobotniego występu.
Na koncercie nie usłyszeliśmy zbyt dużo autorskich utworów zespołu, pochodzących z "Cult" czy "Inquisition Symphony". Finowie zagrali całkiem sporo coverów, m.in. "Fight Fire With Fire" i "Seek And Destroy" Metalliki, "Refuse/Resist" Sepultury, "Helden" Davida Bowiego oraz "Hall of The Mountain King" Griega. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwa - "Enter Sandman" i "Nothing Else Matters" Metalliki, które śpiewała cała publiczność.
Apocalyptica zagrała dodatkowo m.in. "Bittersweet", "I'm not Jesus", "Grace", "SOS" oraz "Hope". Łącznie ich występ trwał ponad 100 min, dodatkowo panowie dwukrotnie bisowali: za pierwszym razem "Nothing Else Matters", "Life burns" (w trakcie tego kawałka wiolonczela Antero Manninena, który wspomaga zespół podczas koncertów, zaczęła dymić i świecić oczodołami) oraz "Inquisition Symphony", zaś przy drugim bisie Apocalyptica zagrała "Seemanna".
Wspomnieć należy jeszcze o publiczności - średnia wieku nie była super wysoka, prawdopodobnie jakieś 18-20 lat (niektórzy przyszli z rodzicami, widziałam nawet kilkuletnie dziecko,'), co za pewne miało wpływ na żywiołowość gawiedzi zgromadzonej przed sceną: tłum praktycznie non stop klaskał, śpiewał, tupał na bisy itp, także było bardzo klimatycznie. Finom także nie można było odmówić żywiołowości - Eicca i Perttu miotali się praktycznie cały czas po scenie, zaś jedynym niewzruszonym był Anttero siedzący na swoim krzesełku w okularach przeciwsłonecznych.
Może nie było wszystkich kawałków, które powinny polecieć; może część z tych spokojniejszych należało zastąpić bardziej żywymi - nie zmienia to faktu, że koncert udał się bardzo.
Zdjęcia dzięki uprzejmości Łukasza Giersza.
|